Sci-fi meets Hollywood
Science-fiction to niewdzięczny gatunek filmowy, bo podchodzi pod niego prawie każda „futurystyczna” produkcja. „Skyline” należy do kina sci-fi, tak samo jak „2001: Odyseja kosmiczna”. I choć w obu przypadkach mamy do czynienia z banałem w postaci statków kosmicznych, to nikt nie będzie miał wątpliwości, który film naprawdę spełnia warunki gatunkowe.
W „Source Code” (celowo używam oryginalnego tytułu) nie znajdziecie wspomnianych statków, kosmitów, czy laserów. Znajdziecie za to esencję science-fiction – pytania o to, kim staje się i będzie się stawał człowiek przy coraz bardziej zaawansowanym rozwoju technologii, jaką wartość będzie miał i wreszcie, gdzie leżą granice etyki w ramach eksperymentów.
Pociąg, jadący w kierunku Chicago, wybucha, a wszyscy pasażerowie giną. Colter Stevens (Jake Gyllenhaal), żołnierz armii USA, ma do wykonania nietypową misję; zostaje „podłączony” do pamięci jednego z pasażerów, dzięki czemu staje się nim na osiem minut przed wybuchem. Zadanie – zidentyfikować zamachowca. Nie jest to jednak proste, bo pociąg jest pełny pasażerów, a Stevens nie do końca wie, jak się tam znalazł (jego ostatnie wspomnienie to poprzednia misja z Afganistanu). Po każdych ośmiu minutach, z kolejnymi szczegółami, wraca do „rzeczywistości”, gdzie Colleen Goodwin (Vera Farmiga), koordynatorka misji, powoli zdradza mu, co się z nim tak naprawdę dzieje.

Szybkie tempo filmu jest dość zaskakujące jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że akcja dzieje się w obrębie jednego wagonu i małego pomieszczenia, w którym Stevens przebywa „w realu”. Świetnie budowane jest także napięcie – krok po kroku dostajemy nowe informacje, zarówno w pociągu (dotyczących bomby i zamachowca), jak i w rzeczywistości (dotyczących bohatera). Tym bardziej szkoda, że tak szybko poznajemy prawdę co do natury działania tytułowego „Source Code”, mechanizmu łączącego Stevensa ze zmarłym pasażerem. Reszta filmu staje się nużąca, zwykła. Równia pochyła utrzymuje się do samego końca, gdzie po – wydawałoby się – całkiem niezłej scenie końcowej okazuje się, że to jeszcze nie scena końcowa, że mamy przed sobą jeszcze kilka minut hollywoodzkiej tandety.
Naprawdę dobrą stroną „Source Code” jest Vera Farmiga. Musiała przekonująco zagrać postać, która ma w sobie wiele współczucia, pokazuje swoje ludzkie strony i jednocześnie stara się trzymać wojskowej dyscypliny – a widzimy ją przez większość czasu tylko w jednym miejscu, przed komputerem, za którego pomocą kontaktuje się z głównym bohaterem.
Reżyser tego filmu, Duncan Jones, ma na pewno potencjał i chwała mu za sięganie po tematy czysto-science-fiction. Ale „Source Code” mogło być lepsze. Może miałem zbyt wysokie oczekiwanie – a może to „tylko” dobry film z kilkoma przebłyskami.
siedem
Cyt.:"Science-fiction to niewdzięczny gatunek filmowy, bo podchodzi pod niego prawie każda „futurystyczna” produkcja. „Skyline” należy do kina sci-fi, tak samo jak „2001: Odyseja kosmiczna”. I choć w obu przypadkach mamy do czynienia z banałem w postaci statków kosmicznych, to nikt nie będzie miał wątpliwości, który film naprawdę spełnia warunki gatunkowe." - Zaliczanie filmu {książki,opowiadania} do danego nurtu; klasyfikacja w/g określonego gatunku nie wiąże się ze "smakiem" ani mądrością. Do science fiction należą {niestety} rzeczy złe, głupotki {czasem jednak pozornie}, dziwactwa, śmiesznostki; jeśli tylko spełniają określone wymagania dla gatunku. To, o czym napisałeś {ładnie - jak zazwyczaj :)} na początku notki, dotyczy raczej zdrowego rozsądku widza i kwestii gustu i dobrego smaku. Także jakiegoś wyczucia, ale Skyline jest pełnoprawnym filmem science fiction. Pozdrawiam.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook