Norwegian Wood (Pięć Smaków 2011)
Czy „Norwegian Wood” oceniłbym pochlebniej, nie przeczytawszy wcześniej książki Haruki Murakamiego? Jak najbardziej. Uznałbym ten film za nieco pokręconą historię miłosną, z bohaterami, których ciężko zrozumieć, czy też – ciężko za nimi nadążyć.
Ale ponieważ po publikacji programu festiwalu Pięć Smaków zdecydowałem, że przeczytam oryginał Murakamiego (po pierwsze dlatego, że chciałem wreszcie zasmakować autora, którego wymieniano wśród możliwych laureatów tegorocznego Nobla; po drugie, chciałem świadomie rozpoznać przełożenie języka literackiego na filmowy). I choć książka nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, to po wyjściu z kina byłem pewny, że Anh Hung Tran nie stanął na wysokości zadania.
Można się spierać, że film należy oceniać jako samodzielne dzieło. Ja się z taką tezą absolutnie nie zgadzam – jeśli reżyser sięga po książkę i w dodatku nadaje swojej produkcji ten sam tytuł, musi się postarać, aby jak najwierniej ten pierwowzór oddać. Aby widzowie zinterpretowali zachowania bohaterów tak samo, jak zrobiliby to przy lekturze książki, aby mogli tak samo sięz nimi identyfikować.

Gdybym nie czytał książki, wyszedłbym z założenia, ze Watanabe to pusta skorupa człowieka, który sypia z kim popadnie, płynie przez życie bez chwili refleksji. Filmowa wersja bohatera wydała mi się wręcz skrajnie nierealna – w porównaniu do jego pierwowzoru. To z kolei postać złożona; krótkie wypowiedzi nadrabia mnogimi przemyśleniami. Tego zdecydowanie brakuje w wersji kinowej. Narracja w książce jest prowadzona z perspektywy pierwszej osoby – dlaczego nie można było zastosować tego w filmie? Dzięki temu, być może, zamiast fatalnej gry Ken’ichi Matsuyamy, dostalibyśmy ciekawą postać.
Podobna sytuacja ma miejsce z postaciami pobocznymi. Można przecież było zrezygnować z pewnych postaci, żeby lepiej przedstawić te ważniejsze (Reiko w całym filmie ledwo się pojawia, aż wreszcie – ni stąd ni z owąd – wraca do swojego literackiego pierwowzoru na końcu). W efekcie informuje się nas, że ten bohater czy ta bohaterka odgrywają ważną rolę w życiu Watanabe – ale nie widać tego na ekranie. Nadaje to obrazowi wrażenie sztuczności, jeśli patrzymy na film jako samodzielne dzieło. Jeśli przez pryzmat książki, natomiast – wydaje się, że oglądamy po prostu jej streszczenie.

W życiu głównego bohatera przewijał się wątek muzyki – Anh Hung Tran próbował to przenieść do swojego filmu, ale wyszło mu bardzo nieudolnie. Jak pojawia się już jakiś motyw, zajmuje on pierwszy plan, nie słyszymy go w tle. Zupełnie niezrozumiałe jest już dla mnie drastyczne ucinanie muzyki wraz z końcem sceny.
„Norwegian Wood” ratują czasem zdjęcia, ale i tak czytając książkę wyobrażałem sobie, że film będzie obfitował w ujęcia z dużą głębią ostrości, z miękkimi kolorami – tymczasem takich brakuje. Wydaje mi się, że pierwowzór literacki nie miał na tyle skomplikowanej struktury, żeby przeniesienie go na ekran było nadzwyczaj trudne. Scenarzyści powtarzają, że adaptacja książki jest trudniejsza aniżeli scenariusz autorski – ale daje też fantastyczne możliwości. Zrozumiałbym niedociągnięcia, czy właśnie decyzje o ucięciu pewnych wątków pobocznych – ale „Norwegian Wood” w wersji kinowej zawodzi zupełnie.
KubaTuba
Późno, bo pisałem recenzję za recenzją, starając się nie spisywać filmu na straty zbyt bezpośrednio. Nie sądzę jednak, żeby to się udało.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook