What a man.
Werner Herzog lubi zaglądać w studnie szaleństwa i, na nasze – widzów – szczęście, potrafi znaleźć w nich dno. Bohaterami filmów tego austriackiego reżysera są nie ludzie, a ich fascynujące wnętrza. W przypadku „Grizzly Man” odbywamy osobliwą, z początku wydawałoby się śmieszną, podróż „w głąb” człowieka.
Timothy Treadwell nie wiódł satysfakcjonującego życia. Miał nieciekawą pracę, popadał w problemy z alkoholem. Rzeczywistość go zawiodła. „Odkupienie” odnalazł w zupełnie innym świecie, rządzonym prawami natury. Zaczęły go fascynować niedźwiedzie grizzly.
„Grizzly Man” to produkcja unikalna w dorobku Herzoga, bo złożona w dużej mierze z materiału nie jego, a samego Treadwella. Bohater wylatywał na Alaskę na letnie sezony przez trzynaście lat i zawsze miał ze sobą kamerę. Powstał potężny wideo-pamiętnik, utrwalający skrajnie samotne życie człowieka na – nomen omen – krańcu świata. Człowieka, któremu ta samotność wyraźnie doskwiera, który czasem wydaje się wręcz komiczny w swoich beztroskich próbach zaprzyjaźniania się z niedźwiedziami.
Treadwell miał poczucie misji. Był przekonany, że chroni je przed złym wpływem gatunku ludzkiego. Czy faktycznie im pomagał – to już należy do decyzji widza. To właśnie my musimy zdecydować, czy rozmawianie i dotykanie z jednymi z najbardziej niebezpiecznych zwierząt świata to jeszcze troska, czy już szaleństwo. Nie można mu było odmówić odwagi – sceny, w których nie boi się atakujących go grizzly i skutecznie je odgania gestami oraz okrzykami muszą budzić podziw.

Problemem Tima było patrzenie na środowisko niedźwiedzi przez pryzmat ludzkich cech. Choć wielokrotnie powtarzał, że chciałby sam się stać jednym z nich, to próbował im nadawać emocje naszego gatunku i nie dopuszczał do siebie myśli, że to często po prostu krwiożercze bestie.
Treadwell zginął na początku października 2003 roku, w swoim obozie, wraz z przebywającą z nim wtedy dziewczyną. Zaatakował go jeden z najstarszych grizzly w okolicy. Kamera była w tym czasie włączona, choć obiektyw był zakryty deklem. Przetrwało nagranie audio, którego Herzog postanowił nie puszczać w filmie – na szczęście. W filmie widzimy, gdy on sam słucha tego nagrania i nie jest w stanie dokończyć.
Ale mimo wszystko „Grizzly Man” nie wymusza w widzach smutku, czy współczucia. Wręcz odwrotnie; Treadwell udowodnił, że każdy może znaleźć szczęście, czasem w najmniej spodziewanych miejscach na Ziemi.
Herzog: And what haunts me, is that in all the faces of all the bears that Treadwell ever filmed, I discover no kinship, no understanding, no mercy. I see only the overwhelming indifference of nature. To me, there is no such thing as a secret world of the bears. And this blank stare speaks only of a half-bored interest in food. But for Timothy Treadwell, this bear was a friend, a savior.
doktor_pueblo
Ten tytuł to o Treadwellu, czy o Herzogu? :) Muszę powiedzieć, że mi też spory już czas po projekcji wciąż brzmi w uszach zacytowany przez Ciebie komentarz Herzoga.
KubaTuba
O Treadwellu - miał po prostu pasować do "Grizzly Man" ;) Narracja Herzoga, dobrze zmontowana z materiałem, to tak naprawdę meritum jego filmów.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook