36. FPFF w Gdyni – dzień V: Wymyk, Wojtek Smarzowski
Artykuł zawiera spoilery!
W ”Wymyku” Grega Zglińskiego poznajemy historię dwóch braci – Alfreda (Robert Więckiewicz) i Jurka (Łukasz Simlat) – z napiętymi relacjami; rywalizują w firmie, rywalizują również o względy rodziców – a są dorosłymi ludźmi. Alfred wpisuje się w profil prostszego człowieka, który żyje trochę „na pokaz”. Jurek z kolei to pewny siebie, ambitny młody mężczyzna, wyraźnie faworyzowany w rodzinie.
Jadą pociągiem. Grupa chuliganów zaczepia dziewczynę, siedzącą w tym samym przedziale. Pasażerowie nie reagują. Alfred widzi, że jego brat chce zainterweniować, więc mówi, żeby się w to nie mieszał. Jurek nie słucha i podchodzi do nich. Zaczynają go bić, a przerażony Alfred stoi obok, bezczynnie obserwując, jak jego brat jest katowany, a potem wyrzucony z pędzącego pociągu. Inni pasażerowie także nie reagują.
Moment kulminacyjny filmu następuje dość wcześnie, co nadaje „Wymykowi” ciekawy rytm. Przyglądamy się konsekwencjom wydarzenia, męczarniom Alfreda, który najpierw kłamie, że bronił brata, ale po opublikowaniu filmiku w internecie, pokazującego całe zajście, rodzina, przyjaciele i sąsiedzi dowiadują się prawdy. Pokazuje to ciekawy problem; postać Więckiewicza została natychmiastowo osądzona i przylepiono mu etykietkę tchórza. Bo przecież to był jego brat. Bo przecież ich było czterech, czy nawet pięciu, a was dwóch. Nikt nie zdaje się myśleć, że gdyby próbował bronić Jurka, też mógłby zostać zmaltretowany, czy nawet wyrzucony z pociągu. Prosił go przecież, żeby zignorował sytuację, żeby został na swoim miejscu.

Robert Więckiewicz zagrał bardzo przekonująco. Alfred nie miał tak naprawdę z kim porozmawiać, komu się wytłumaczyć, więc często wyczytujemy jego uczucia z jego twarzy, z zachowań. „Wymyk” jest poprawnie zrealizowany, Zgliński zręcznie operuje różną długością ujęć i kadrami. To film bardzo realistyczny i „mocny”, choć wcale nie przez brutalną scenę z początku filmu. Główny bohater u jednych wzbudzi odrazę, u innych – współczucie. Widz dostaje tylko pozornie prosty wybór moralny i musi postawić sobie trudne pytanie: „co ja bym zrobił?”.
Tradycyjnie, około 17:00 miało się rozpocząć spotkanie z cyklu „Jak to jest zrobione”; gość się jednak chwilę spóźnił, najpewniej z powodu odbierania pozaregulaminowych nagród. Mowa oczywiście o Wojciechu Smarzowskim, reżyserowi „Róży”. Jego film stał się faworytem do nagrody Złotych Lwów, ale niestety, nie miałem okazji go dzisiaj zobaczyć – mimo, że byłem rano po bilety na wieczorny seans, już ich nie było. Nie wiem jakim cudem wyprzedano w pół godziny wszystkie bilety, chyba, że komuś udzielono prawa do rezerwacji. Nie będę się jednak doszukiwał spisku, mam jeszcze szansę na jutrzejszy pokaz. Pewna pani z publiczności powiedziała o tym problemie panu Wojciechowi, na co on obiecał, że zgłosi to organizatorom. Brak miejsc i ludzie siedzący na schodach (czy wręcz stojący przy ścianie, tak jak ja dzisiaj, oglądając drugi raz „Daas”) to poważny problem tej edycji festiwalu.
Wracając do spotkania – Smarzowski, wraz ze swoim operatorem i człowiekiem ze studia Lightcraft, opowiadali o kilku scenach, w których musieli użyć efektów komputerowych. Pokazany materiał był wprawdzie bardzo krótki, ale na tym spotkaniu był przynajmniej czas na zadawanie pytań, których padło całkiem sporo. Wśród publiczności siedział także Greg Zgliński, który zresztą też zadał pytanie – czy przy scenach z użyciem CGI był używany storyboard. Wojtek Smarzowski odpowiedział podobnie, jak Werner Herzog na Doc Film Festival w zeszłym roku – że nie używa storyboardów, bo lubi nie wiedzieć, jak będzie wyglądała kolejna scena.
Jutro ostatni dzień – spotkanie z Markiem Koterskim i potem, miejmy nadzieję, „Róża”. Potem czas na podsumowania.
Pstepien
Opis "Wymyku" jakiś taki niedookreślony. Z oceny wnioskuje, że to film przeciętny, o którym nie będzie się pamiętać 2 godziny po seansie. Taki pochłaniacz czasu...
Esme
Krytycy o "Wymyku" piszą dość miło. Może mają opory przed kopaniem filmu, który zawiera tak głębokie moralne rozważania ;)
umbrin
Złote Lwy dla "Essential killing".
Srebrne Lwy dla "Sali samobójców".
Esme
Jakiś taki nudny ten werdykt. Przynajmniej nagroda główna. ;P
michuk
Gdyby wygrała "Róża" też byłby nudny, bo była faworytem.
Esme
Ale Smarzowski jeszcze nie jest establishmentem, a tak znów jakiś uhonorowany kotlet. Po co gościowi, który ma Złotego Niedźwiedzia i nagrody z Cannes i Wenecji, jakieś Złote Lwy? Jako przycisk do papieru chyba.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook